I Iluzjana500LOVE~~NEED~~WANT~~BELIEVE

Dziennik z podróży do nikąd

Prolog Miasto płonęło. W powietrzu było czuć zapach dymu i swąd palących się ciał. Po różowych murach spływały strugi krwi. Krwi wartowników, którzy do ostatniego oddechu walczyli o niepodległość stolicy Iluzjany – Citta. Przez wschodnią bramę wybiegła kobieta. Miała czarne włosy i niebieskie oczy oraz długie zaostrzone elfie uszy. Silne ciało okrywała biało-złota szata, a nogi damskie pantofelki. Nie dbała o to, że ubranie rwą jej gałęzie, ani winorośl chłosta ją w twarz. Martwiła się tylko o swoje jedyne dziecko, które trzymała na rękach. Dziewczynkę. Wiedziała, że musi jej znaleźć nowe miejsce. Na myśl o rozstaniu z córeczką zaczęła płakać nie przerywając biegu. Tymczasem armia Gordnera zalewała miasto. Były w niej gigantyczne nietoperze, Kotobry, szakale, złe smoki, chimery, gryfy i kruki, a na ich czele stał bazyliszek. Wtem jeden z oddziałów zobaczył uciekającą przez wschodnią bramę postać. Była to królowa Iluzjany trzymająca jakieś zawiniątko. Ruszyły w pogoń za uciekającą kobietą. Królowa zobaczyła doganiający ją oddział potworów. Ostatkiem sił wypowiedziała zaklęcie i zobaczyła, jak jej córeczka znika w blasku błękitnego płomienia. Wyjęła miecz i chciała się bronić. Jednak zwierzęta miały przewagę. Szybko zabiły królową i wróciły, by dokończyć rzeź miasta. Do sali tronowej wbiegł mężczyzna o jasnej skórze, niesamowicie niebieskich oczach, piaskowoblond włosach i wampirzych kłach. Był to król Iluzjany - Ian z rodu Khatanis. Właśnie dowiedział się, że jego żona została zabita, a córka była w bezpiecznym miejscu. W momencie gdy dobiegał do okna trafiła go strzała nasączona trucizną. Upadł na posadzkę z różowego kryształu. Po jego białym policzku spłynęła pierwsza i ostatnia w jego życiu łza. ROZDZIAŁ 1 Obudziłam się nagle. Przed oczami wciąż miałam błysk błękitnego płomienia. Może to wpływ burzy, która przez całą noc szalała nad miastem. Nie było to dziwne. W Polsce takie rzeczy się zdarzają. Czasem jest nawet gorzej. Był już ranek. Słońce nieśmiało przedzierało się przez sine chmury. Niedługo musiałam wstać. Na moje szczęście był to piątek. Po weekendzie zaczynał się ostatni tydzień czerwca, a tym samym ostatni tydzień szkoły. Oceny wystawione, świadectwa wydrukowane. Teraz to już z górki. Uaktywniają się debile, którzy przez cały rok nie mieli pola do popisu. Nie wstając z łóżka podniosłam swoją, różową roletę. Niebo było już czyste. Poniżej mojego okna, na trzecim piętrze rozciągały się połacie porannej mgły. Ziewnęłam. Pabianice zaczynały powoli budzić się do życia. Otworzyłam okno i wzięłam głęboki wdech porannego, czystego powietrza. Mieszkam na przedmieściach więc mam dużo zieleni. Usłyszałam tupot nóg na piętrze wyżej, co oznaczało, iż moi sąsiedzi też się obudzili. Podskoczyłam na dźwięk budzika. Z pokoju obok usłyszałam donośne ziewnięcie mojego taty i zduszone prychnięcie mamy, która została przyciśnięta, dziesięciokilogramową wełnianą kołdrą. Zachichotałam pod nosem. Przeciągnęłam się i podniosłam z łóżka. Czułam się dosyć dziwnie. Jakbym była lekko poluzowana w stawach. Do pokoju, z należytym sobie dostojeństwem wpadł mój pies. Cicho jak orkiestra dęta, delikatnie jak czołg, wskoczył na moje łóżko i bardzo " spokojnie" zaczął mnie lizać po twarzy. - Tfu! Paskudo złaź ze mnie - prychnęłam. Jukki usiadł przede mną na łóżku i zaczął mi się przyglądać swoimi złotymi oczami. Miałam go zaledwie od trzech miesięcy, a już między nami wytworzył się ten rodzaj więzi, która złączy człowieka i psa na zawsze. Jeżeli chodzi o mojego kota, to on zupełnie nie przejął się moim wstaniem. Odwrócił się i poszedł się najeść w kuchni. Mama zdążyła się wykaraskać z kołdry i ruszyła leniwym krokiem do łazienki. Wstałam i zaczęłam się pakować do szkoły. Nie brałam dużo mimo, że dzisiaj miało być siedem lekcji. Tylko zeszyty od fizyki i matematyki, bo prowadzili je jacyś sadomasochiści, którzy uparli się prowadzić lekcje do ostatniej minuty. Otworzyłam szafę i spojrzałam w lustro. Miałam potargane włosy, które wyglądały jak stóg siana. Nawet w tym samym kolorze, czyli szaroblond. Kołtuny wydawały mi się jakby dłuższe niż powinny. Wzruszyłam ramionami. „Wydaje ci się” - powiedziałam w duchu. Zaczęłam wybierać ubranie. Stałam, przy szafie chyba piętnaście minut. W końcu wybrałam białą bluzkę na ramiączka, jeansowe szorty i bawełnianą, niebieską kamizelką z kapturem. Wzięłam szczotkę i zabrałam się za rozczesywanie włosów. Miałam rację były dłuższe niż wcześniej. Teraz sięgały mi prawie do połowy pleców. Były wyjątkowo równe. – Julia! - Rozległ się krzyk mojej mamy. – Co ty tam tak długo się ubierasz? Mamy pół godziny do wyjścia! – Oj, nie histeryzuj – mruknęłam. Dobrze, że nie usłyszała. Westchnęłam i poszłam zrobić sobie śniadanie. Jako, że byłam nie do końca rozbudzona, włożyłam do mikrofalówki płatki, a mleko zostało na stole. Dopiero strzelanie i dym z urządzenia rozbudził mnie na tyle, że zrozumiałam swój błąd. „Jestem idiotką” – pomyślałam, po czym uderzyłam się pięścią w czoło. Wyjęłam lekko zwęglone płatki z mikrofalówki i włożyłam mleko. Pip! Pip! Pip! Moje śniadanie było gotowe. Zjadłam je w błyskawicznym tempie, ponieważ czekał mnie jeszcze spacer z psem. Ruszyłam naszą szarą klatką schodową i wyszłam na pełne słońce budzącego się dnia. Westchnęłam. Teraz mogłam sobie pozwolić na chwilę relaksu. Okrążyłam kilka razy blok i wróciłam do klatki. Czułam się pozytywnie naładowana. Nic nie dawało mi takiej radości jak słońce. No może oprócz księżyca, ale to była jakaś tajemnicza, siła która mnie przyciągała. Wdrapałam się po schodach i weszłam do domu. Zerknęłam na zegarek. O Boże! To już za piętnaście ósma? Wpadłam na balkon, złapałam rower, przypinając szkolną torbę do bagażnika. Zbiegłam po schodach i pomknęłam przez ulice. Dojechałam do szkoły dwie po ósmej. Pozdrowiłam szatniarkę oraz ochroniarza, po czym pobiegłam do klasy spóźniona pięć minut. Na szczęście pani nie było, co oczywiście oznaczało: krzyki, bombardowanie papierkami, dopisywanie ocen w dzienniku, pisanie głupich tekstów na tablicy i wysyłanie sms- ów. Odnalazłam swoje miejsce obok najlepszej koleżanki – Alicji. Była trochę niższa ode mnie. Gdyby nie to, mogłaby zostać modelką. Miała długie czarne włosy i zielone oczy, które przyciągały spojrzenie każdego chłopaka. Przywitałam się i wyjęłam książkę. Po chwili uznałam, że nie dam rady czytać w tym hałasie i rozpoczęłam rozmowę. – Ej słuchaj... Powiem ci coś ciekawego. - Zaczęłam tajemniczo. – No? - Odpowiedziała. Wiedząc, że mogę powiedzieć jej wszystko łącznie z najdziwniejszymi rzeczami, zaczęłam opowieść. – Wiesz, znowu mi się to zdarzyło. – Znowu? Wiesz to już zaczyna się robić dziwne. Myślałam, że to jeden incydent, a tu proszę… – Tym razem nic mi się nie stało, ale i tak mnie wyczerpało. – Dalej nie mogę uwierzyć, że przywołujesz żywioły. Tym razem wszystkie? – Tak. Ogień, wodę, ziemię i powietrze. Nieprawdopodobne. – Nieprawdopodobne? Niemożliwe! – Sama widziałaś. – I tylko dlatego ci wierzę. To może ja powiem co się stało. Zaczęło się w sumie niewinnie, ale później... * Siedziałam sama w pokoju. Rodziców nie było. Światło wyłączone, bo awaria w elektrowni. Nie miałam świecy ani latarki. – Eh... Co ja bym dała za trochę światła. - Mruknęłam. - Chociaż mały płomyczek. - Wtedy stało się coś niesamowitego. Poczułam duży przypływ energii. Moja ręka zapłonęła. Krzyknęłam, ale bynajmniej nie z bólu tylko ze strachu. Moja dłoń się paliła, jednak nie czułam nic. Tylko mrowienie. Przybliżyłam twarz do ręki. Była nienaruszona. Wpadłam na pomysł. - Zgaśnij - powiedziałam. Ręka powróciła do pierwotnego stanu. Zastanawiałam się, czy tylko ogień, czy inne żywioły też uda mi się przywołać. Pomyślałam o powietrzu. Nagle w pokoju zerwał się silny wiatr. Firanki podniosły się i furkotały. Teraz woda. W pomieszczeniu zaczął padać deszcz. Wychodził jakby z mojej ręki. Podnosił się prostym strumieniem i odpadał w postaci tysiąca kropel. Ponownie ogień. Wszystko co zmoczył deszcz, zaczęło schnąć. Jednak on ciągle padał. Wiatr także nie ustawał. Rozległ się grzmot. Pomyślałam o ziemi. Nagle poczułam zapach mokrej trawy, a na ściany zaczęły wspinać się winorośle, a kwiatki w doniczce rosnąć. Odwołałam wodę, deszcz ustał. Powietrze, wiatr przestał wiać. Ziemię, winorośl schowała się, a kwiaty zmalały. Ogień, zrobiło się chłodniej. Teraz w pokoju został tylko bałagan wywołany przez żywioły. Nie minęło pięć minut i było po wszystkim. Wiedziałam, że muszę chronić ten dar. Nie mogłam powiedzieć nikomu. Prócz Alicji oczywiście. Ona wiedziała o wszystkim. * Pani wróciła do klasy. Nikt nawet tego nie zauważył. Nauczycielka westchnęła i usiadła przy biurku, a ja pogrążyłam się w rozmyślaniach. Reszta lekcji minęła niepostrzeżenie. Nawet nie zdążyłam dobrze poczytać, a już trzeba było wracać do domu. Po drodze wstąpiłam do biblioteki. Za biurkiem siedziała nieznana mi kobieta. Z jej brązowych oczu emanował spokój. Musiała mieć już z sześćdziesiąt lat, ale w młodości była pewnie piękna. Burza białych włosów otaczała twarz w kształcie serca. Pełne usta i prosty nos uświetniały symetryczność twarzy. – Dzień dobry - powiedziała ciepłym głosem. – Dzień dobry, jestem Julia ... – Wiem, masz nie oddaną książkę. – Tak, właśnie chciałam ją oddać i wypożyczyć następną. – Widzę, że gustujesz w książkach fantasy mam taką która mogłaby cię zaciekawić. - W jej oczach pojawił się jakby błysk oczekiwania. Podała mi książkę, oprawioną w ciemną skórę z napisem złożonym z białych diamencików. Tytułem było jedno słowo w nieznanym mi języku. Wzięłam ją do ręki. Diamenciki zaświeciły błękitnym blaskiem, i zmieniły kolor na niebieski. Zdziwiona spojrzałam pytająco na bibliotekarkę. Uśmiechnęła się tajemniczo. – Jaki autor? - Spytałam. – Nieznany. - Podła odpowiedź . Oszołomiona pożegnałam się grzecznie i wyszłam z budynku. Schowałam książkę do plecaka i pojechałam do domu. Na lustrze w przedpokoju zobaczyłam kartkę. Julaś Jedziemy dzisiaj na działkę. Tak jak ustaliliśmy wcześniej, wrócimy dopiero o piątej, bo jeszcze musimy zrobić zakupy (zaciągniecie ojca do sklepu to katorga). Spakuj się i odgrzej sobie pizze z wczorajszego obiadu. Idź na spacer z psem i daj mu aviomarin po powrocie. Nie chcę mieć dodatkowego prania. Kocham cię Mama Zachichotałam pod nosem. Zostawiłam torbę i rower i po odnalezieniu psa pod łóżkiem, zapięłam mu smycz i wyszłam z domu. Była dopiero czternasta. Miałam jeszcze trzy godziny, na szczęście, bo spakowanie się na dwa miesiące pobytu na działce musiało trochę zająć. Postanowiłam sprawdzić jeszcze raz, czy na pewno moje zdolności nie były jakimś dziwnym snem lub urojeniem. Doszłam do lasu i wypuściłam psa. Było tu chłodniej niż na słońcu więc zarzuciłam kaptur kamizelki na głowę. Wystawiłam prawą rękę przed siebie. Pomyślałam o ogniu. Od razu pojawił się na niej płomyczek. Czyli jednak to mi się nie śniło. Doszłam do wyjścia na piaskową drogę odchodzącą od ulicy w stronę rzeki. Zza krzaków wyskoczyło dwóch mężczyzn. Na oko dwudziestoletnich. Od razu przyspieszyłam kroku. Minęłam ich, jednak zaczęli iść za mną. Przyspieszyłam jeszcze bardziej. Doszłam do pierwszego bloku na ulicy i skręciłam na skwerek. Nie przewidziałam tego, że jest to ślepa uliczka. Był tam jedynie kosz na śmieci i drabina na dach budynku. Faceci skręcili za mną. Pies rzucił się na nich chcąc mnie bronić. Jednak jeden z oprychów popchnął go tak mocno, że wpadł na ścianę przewrócił się i najwyraźniej coś mu się stało bo nie mógł wstać. – Nie! - Krzyknęłam. – Spokojnie. - Powiedział jeden z nich ochrypłym głosem. Oboje zdjęli kaptury. Mieli szarą skórę, czarne włosy i tego samego odcieniu oczy. Na wychudłych twarzach były liczne szramy, a po czarnych ustach błąkał się cień sarkastycznego uśmiechu. Chciałam krzyknąć lecz głos uwiązł mi w gardle. Nie wiem czemu wydawało mi się, że widziałam ich już kiedyś. Ale dawno, bardzo dawno temu. Instynktownie moje ciało przygotowało się do ucieczki. Spięłam mięśnie, a moją ostatnią deską ratunku była drabina. Zaczęłam się na nią wspinać. Po jej drganiu wywnioskowałam, że ci dwaj podążyli za mną. Gdy weszłam na dach uderzył mnie podmuch powietrza. Zaczęłam uciekać w drugi koniec dachu jednak, udało im się wyprzedzić mnie i zapędzić w jego róg. Zbliżali się do mnie powoli, jakby delektując się moim strachem. – A więc jednak żyjesz. - Powiedział pierwszy. – O czym ty mówisz? Kim jesteście? - spytałam – Jednak pozostał ostatni z rodu Khatanis - wychrypiał drugi, jakby nie słysząc mojego pytania. – Nie jestem z rodu Kha... coś tam. Pomyliliście mnie z kimś, zostawcie mnie w spokoju. – O nie. Musimy cię zabić. Nie ma mowy o pomyłce, masz włosy ojca oraz rysy i oczy swojej matki - wychrypiał i zbliżył się do mnie. – Łapy przy sobie – warknęłam. – O, jaka wojownicza. - Mruknął pierwszy i ryknął śmiechem. - A co ty nam możesz zrobić? - Spytał drugi mrucząc z zadowolenia. - A to! - Nagle poczułam niespodziewaną siłę pochodzącą jakby z czterech stron. Z dołu, z góry, z prawej i z lewej. Wyciągnęłam ręce do przodu, a z nich wydobył się promień błękitnego, ciepłego światła, który zmiótł potwory z dachu. One zamiast spaść na ziemię wzbiły się wysoko w niebo. Nagle energia opuściła mnie, a wiatr się wzmógł. Upadłam na zimny beton. Poczułam go pod swoim policzkiem. Zemdlałam. A może zasnęłam? Nie wiem. Nie miałam żadnych snów. Ocknęłam się po jakimś czasie, nie pamiętam dokładnie ile tak leżałam, ale uznałam, że jest mi podejrzanie ciepło i miękko. Moja ręka była unieruchomiona. Spojrzałam na nią. To tylko zdrętwienie. Westchnęłam ciężko i podniosłam się. - Nic ci nie jest? - Spytał ktoś ciepłym głosem. Rozejrzałam się po pokoju. Zerknęłam na zegar. Była dopiero trzecia. Dalej zaczęłam poszukiwać właściciela głosu. Na moim fotelu, przy biurku siedział chłopak. Na oko siedemnaście lat. Wysoki, jakieś metr osiemdziesiąt. Zielone oczy i czarna błyszcząca, postrzępiona fryzura. Zerwałam się z łóżka i złapałam nożyk, który leżał na półce. Zapewne od obierania jabłek. Chłopak wstał i podniósł ręce w geście poddania. - Nic ci nie zrobię. Spokojnie. - Kim jesteś i co tu robisz? - Warknęłam nieufnie. - Spokojnie, odłóż to. Porozmawiajmy - mówił. - Głuchy?! Kim jesteś i co tu robisz? - Zacisnęłam rękę na nożu. Jednak jeden palec oparł się na ostrzu. Syknęłam, gdy przebiło mi skórę. Na moje nieszczęście tata dopiero ostrzył noże i metal wbił mi się bardzo głęboko. - Au! - Krzyknęłam. Chłopak błyskawicznie usadził mnie z powrotem na kanapie. - Ojeju... Daj mi to. - Co chcesz zrobić? - Jęknęłam powstrzymując łzy. - Zobaczysz. Zaufaj mi. - Nie znam cię. - Opatrzę to! Dawaj. - zaczęłam blednąć. Nieznajomy przykrył ranę chusteczką i wyszeptał kilka słów w nieznanym języku. Przestało boleć. Odkryłam rękę. Po ranie nie było śladu. - Jak to zrobiłeś? – Mruknęłam. - Ma się ten talent. A teraz daj mi wyjaśnić co tu robię. - Rozpoczął opowieść. Uznałam, że skoro mnie wyleczył, to można mu wierzyć. Raczej było to nieco lekkomyślne ale... No cóż. - Mam na imię Alagon i pochodzę z rodu Methedon. Mam siedemnaście lat i mieszkałem kiedyś w mieście Citta. - Gdzie to jest? - W innym świecie. W Iluzjanie. Stamtąd pochodzę. I ty też. - chciałam przerwać, ale powstrzymał mnie machnięciem ręki. - Więc w Iluzjanie panował kiedyś ród Khatanis. Był silny i niezależny. Rządził całą krainą. Wszystkimi pięcioma sektorami. Ayame, czyli królestwo wilka, Nyan czyli królestwo wampirów, Feylin, czyli elfy, Seylen, więc ludzie i Deyame czyli Smoki i lud smoka. Nad jedną krainą nie mieli tylko władzy. Nad Fenryen, czyli Opuszczonym Pustkowiem. Tam zaczęła się cywilizacja Iluzjany, tam zagnieździły się pierwsze elfy, ludzie i wampiry. Jednak teraz, niegdyś zielone pastwiska, pokrywa skalista ziemia, wyschnięte krzaki i skały. Mniej więcej czternaście lat temu, armia Gordnera zaatakowała miasto. Gordner to demon. - Powiedział widząc moje pytające spojrzenie. - Zabiły Iana czyli króla i królową Selenę. Ich córka trafiła tutaj. I mam za zadanie jej szukać. I znalazłem. - Zakończył opowieść. - Jak... Kto? - To ty. Jesteś zaginioną córką Iana i Seleny. - Mam pytanie. - Słucham. - Twój pokój ma klamki? - Zapytałam z sarkazmem. Spojrzał na mnie spode łba. - Masz mnie za wariata. Może jednak nie jesteś tym kim myślałem. Jesteś taka sama jak wszystkie wymalowane, zepsute laleczki w twoim wieku. - Zdenerwował mnie tym. Wcale taka nie byłam. Nie piłam, nie paliłam, nie malowałam się do szkoły. Postanowiłam coś powiedzieć. - Nie znasz mnie - wysyczałam. - Nie oceniaj, kogoś kogo widzisz pierwszy raz w życiu, bo może to się dla ciebie źle skończyć. - Proszę, proszę. Ktoś się wkurzył. - Lepiej się nie odzywaj. - Moje ręce zapłonęły błękitnym ogniem. Oczy Alagona rozbłysły. Dałam się sprowokować. Wzięłam głęboki wdech i uspokoiłam się. Ręce zgasły. - Wiedziałem! Wiedziałem, że to ty! - Zdrajca. Podpuściłeś mnie! - Krzyknęłam. Nie słyszał mnie chyba jednak, ponieważ dalej kalkulował coś w myślach. Mruczał pod nosem. Coś jak: " czternaście lat temu... ona ma piętnaście... niemożliwe... zabił wszystkich... trzeba jakoś ją tam sprowadzić... jak...oni nie wiedzą... może nie zaakceptować... niemożliwe" – po trzecim niemożliwe przerwałam mu kaszlnięciem. Odwrócił się i spojrzał mi w oczy. - Ja wciąż tu jestem – powiedziałam. Rozejrzał się po pokoju. Zobaczył zwisające smętnie drzwi szafki i spojrzał na mnie pytająco. - Mała wichura - wyjaśniłam. Uśmiechnął się. - Masz może coś, co twoi rodzice dostali, adoptując cię? - Spytał. Bransoletkę i kolczyki. Poczekaj, poszukam - powiedziałam, a on usiadł na podłodze. Po raz pierwszy widziałam kogoś tak ubranego. Przynajmniej w naszych czasach. Miał na sobie czarne spodnie wpuszczone w wysokie skórzane buty. Brązowa, również skórzana tunika przykrywała lnianą koszulę. Do paska przywiesił miecz, sztylet i sakwę. Uciekł z teatru? Nie. Najwyraźniej faktycznie coś musiało z nim być. A jeśli ta kraina istnieje? A co jeśli Iluzjana, jest prawdziwa? Czy rzeczywiście mogłabym tam wejść? Przy tych rozmyślaniach zapomniałam o szukaniu bransoletki. Otworzyłam stare drewniane pudełko i zobaczyłam ją. Było to pięć niebieskich kulek, ozdobionych kryształkami i wplecionych w czarny sznureczek. Kolczyki były takimi samymi pojedynczymi kulkami, na srebrnych uchwytach. Westchnęłam. Były takie piękne. Wyplątałam je z czerwonego aksamitu i podałam chłopakowi. Wciągnął gwałtownie powietrze. Co się stało? - spytałam. To niemożliwe... - szepnął. - Przecież wszyscy zginęli. Proszę? - zaniepokoiłam się. A więc miałem rację... To ona... Co? Wyjaśnisz mi to wreszcie? - zaczęłam się naprawdę na niego złościć. Może by coś powiedział w końcu. Z facetami to zawsze tak jest. To co ci mówiłem! Jesteś córką króla i królowej! - wykrzyknął i mruczał dalej. Mniej więcej to samo co wcześniej „niemożliwe...niemożliwe...” Usłyszałam szczęk zamka w drzwiach. Alagon machnął ręką i zniknął. Cześć! Wróciliśmy! - krzyknęła z drzwi mama. Za nią wszedł tata. Przywitał się kaszlnięciem, padł na łóżko i poszedł spać. Po chwili było słychać pierwsze chrapnięcie. Ciężki dzień? - spytałam z sarkazmem mamy. Zaśmiała się w odpowiedzi i poszła pakować rzeczy, na dwumiesięczny wyjazd na działkę. Westchnęłam i poszłam się pakować. Przez tą całą historię z następczynią tronu i wszystkim, na przyziemne sprawy zabrakło czasu. Zapakowałam większość rzeczy z pokoju i książki, na następną klasę. Kupiłam je wcześniej, żeby przygotować się na przyszły rok. Zamierzałam się podciągnąć w ocenach. Bądź co bądź, trzecia klasa, to jednak trzecia klasa. Julia... - ktoś szepnął jakby w mojej głowie. Stłumiłam okrzyk. Nie bój się to ja Alagon. Jakim cudem siedzisz w mojej głowie? - spytałam myślami. Mam mało czasu. Widzimy się dzisiaj wieczorem, nad kaskadą. Wtedy mi uwierzysz. Co? O czym ty mówisz? - zdziwiłam się. Wyjaśnię ci wieczorem. Do zobaczenia. - powiedziała i jego głos zniknął, a w mojej głowie jakby coś się uwolniło. Nie wiem jak to nazwać. Telepatia? Może. Dalej pakowałam się do drogi gdy nagle zobaczyłam, że od tylnej ścianki mojej starej szafy odchodzi farba. Coś pod nią było. Zdrapałam dalej. Ewidentnie, jakiś symbol. Odeszła całą farba. Na ściance, widniał znak, wyglądający jak wypalony. Księżyc w pierwszej fazie otoczony promieniami we wszystkich kierunkach. W środku widniała pięcioramienna gwiazda. Taki sam znak miał na tunice Alagon. To się zaczynało robić bardzo dziwne. Westchnęłam. Dałam psu Aviomarin i pomogłam tacie wynosić bagaże do samochodu. Całe tylne siedzenia, i bagażnik naszego Audi i Citroena były zapełnione. Kota wpakowaliśmy do jednego samochodu a psa do drugiego. Nie byłoby dobrym pomysłem usadzić ich obok siebie. Wsiadłam do samochodu z mamą i wyruszyłyśmy pierwsze. Tata jechał zaraz za nami. Zapatrzyłam się w okno, pogrążając się w rozmyślaniach. Była już ósma, a jeszcze na dworze było całkiem jasno. Tylko położenie słońca wskazywało dość późną porę. Myślałam o tym co powiedział mi Alagon. Chociaż wiedziałam, że to niemożliwe, że nie ma żadnej Iluzjany, gdy wymieniałam tą nazwę zawsze przechodził mnie ciepły dreszcz. Jakbym, nie wiem, już tam była. Chłopak twierdził, że tam się urodziłam. A nawet jeśli to prawda, to jak się tam dostanę, jak on się tu dostał, jak ja się dostałam do tego świata czternaście lat temu? Na te pytania nie znałam odpowiedzi. Gdy próbowałam sobie to przypomnieć, w głowie miałam tylko błysk błękitnego światła. Wiele razy śnił mi się las, płonące miasto, krzyk kobiety, a następnie to światło i... budzę się u siebie. Powinno się chyba człowiekowi śnić coś innego. A mnie w kółko to samo. Otwórz bramę. - głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia. Staliśmy już pod naszą działką. Ay ay sir. - zaśmiałam się biorąc klucze. Jak dawno tu nie byłam. Wciągnęłam zapach rozgrzanej ziemi, skoszonej trawy u sąsiada, wody, zboża słońca i wiciokrzewu. To wszystko pachniało jak wakacje i słodka dwumiesięczna sielanka. Podjechał tata i zatrąbił. Otworzyłam szeroko bramę i pozwoliłam wjechać rodzicom. Zamknęłam bramę i poszłam po rzeczy. Zdjęłam kamizelkę, bo temperatura w cieniu przekraczała dwadzieścia pięć stopni. Weszłam do domu. Uderzył mnie przyjemny chłód i zapach drewna. Nic się tu nie zmieniło. Drewniane panele podłodze, musztardowo-żółta stara kanapa i fotele w rogu, drewniane słupy, dwa złączone stoły i osiem krzeseł z niebieskimi poduszkami, stary stolik, bambusowa kanapa i dwa fotele z grubymi niebieskimi poduchami, jasna trzydrzwiowa szafa z lustrem, nowa kuchnia, stary telewizor. Tutaj czas się zatrzymał. Nie pędził jak szalony. Zabrałam swoje rzeczy i weszłam po drewnianych schodach na górę. Minęłam zielono-kemową sypialnie rodziców i weszłam do swojego pokoju. Postawiłam torby w rogu. Na suficie wisiały trzy LED-owe lampki, dwa łóżka po bokach, ustawione równolegle do siebie, pomarańczowe koce, wielka szafa obklejona plakatami, dwie szafki i biurko na którym stał telewizor, półka na której leżała cała pasa książek, niebiesko-pomarańczowy dywan, stare radio, dwie ramki ze zdjęciami, moim i Alicji i stary wiklinowy kosz, z płytami, miśkiem, piłkami, rakietkami i różnymi szpargałami. Wszystko takie znane, swoje. Poczułam się jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Zajęłam się rozpakowywaniem. Po godzinie było po wszystkim. Słońce zaczęło zachodzić. Musiałam zabrać psa na spacer, bo w końcu miałam spotkać się z Alagonem. Był dwudziesty czwarty czerwca. Czyli najkrótsza noc w roku. Podobnież magiczna, w której wszystko się może zdarzyć. Otworzyłam drzwi oświadczając mamie, że idę z psem. Zachodzące słońce zabarwiło na czerwono niebo. W powietrzu było czuć zapach stygnącego zboża. Przeszłam przez piaskową drogę i weszłam na łąkę. Uświadomiłam sobie jak ta wieś jest piękna. Nigdy nie mogłam się połapać, z tymi nazwami. Nie był to Ldzań, ani nie Kolonia Ldzań. Te łąki w połowie należały do wsi Talar, a w połowie do wsi Morgi. Łatwe to nie było, ale właśnie na tym polegało piękno tego miejsca. Stanęłam na górce. Obok mnie leżał wielki pniak na którym zawsze siadałam. Obok mnie był wielki dół z piaskiem do którego, okoliczna młodzież, z tego właśnie pnia skakała. Mniej więcej w połowie łąki był rów, który odchodził od martwej odnogi rzeki Grabi. Był otoczony chaszczami, a gdzieniegdzie w nim rosły bagienne drzewka. Kilka metrów przed nim był brzozowy lasek, z którego koledzy zrobili kiedyś fort. Teraz kawałki sznurków i patyków zwisały smętnie z drzew. Przed laskiem bardziej w moją stronę teren się obniżał. Wiosną woda zalewała go i tworzyło się bagno, ale latem łąka byłą sucha i idealna do wypasania się krów, czy koni. Po mojej prawej stronie miałam strumyk, który dopływał do rzeki i do kaskady, oraz kolejną łąkę, odgrodzoną od tamtej pasem jeżyn. Pozostawało tylko wąskie przejście między nim, a strumykiem. Po lewej była droga wyjeżdżona przez wczasowiczów prowadząca na niewidoczne, z mojego miejsca zakole, gdzie był idealny teren do rozbijania namiotów robienia grilla, lub opalania się i kompania. Woda przy brzegu była płytka i ciepła, dalej była głębina i pieniek z którego ludzie skakali do wody, oraz tzw.: „głębina” gdzie woda sięgała do trzech metrów głębokości, zaraz za nią była płycizna, gdzie woda miała pół metra maksimum. Ogólnie reszta to metr siedemdziesiąt, osiemdziesiąt do dwóch. Był to również uczęszczany szlak kajakowy. Przy drodze nad rzekę rosła kępa jeżyn i lasek, gdzie rosłą czeremcha, jeżyny i różne krzewy. Ten fragment łąki był oddzielony od rzeki pokrzywami, szuwarami i pojedynczymi drzewkami. Spuściłam psa. Zachodzące słońce skryło się za drzewa. Prześwit stworzył jakby słoneczną drogę, która zaczynała się przy moich nogach a kończyła przy lesie. Pomyślałam, że już czas zbierać się do lasu. Gdy tylko moje nogi znalazły się w słońcu do głowy przebił mi się szept. Idź za słońcem. - powiedział głos i zniknął. Podążyłam drogą wyznaczoną przez prześwit. Słońce było dokładnie w miejscu, gdzie liście i gałęzie tworzyły ten sam znak co u mnie na szafie i na tunice Alagona. Zerwał się wiatr i rozwiał mi włosy związane w luźnego koka. Powiewały teraz wolno na wietrze. Były znów dłuższe. Szłam starając się nie patrzeć na słońce. Doszłam do mostu na strumyku, który płynął wzdłuż granicy lasu i w tym momencie słońce schowało się całkowicie za drzewami. Wkrótce miało zajść. Do kaskady miałam jeszcze z pół kilometra. Weszłam na górkę, gdyż dolna ścieżka była mokra i bagnista. Bluzka zaczepiła mi się o jeżyny i rozerwała w jednym miejscu. Robiło się ciemno. Słońce już prawie zaszło. To była kwestia pięciu minut, żeby zaczęła się noc. Szłam dalej drogą. Zobaczyłam w dole rzekę i kaskadę. Pies dreptał obok mnie, ze zdziwieniem stwierdziłam, że towarzyszy mi także mój kot. Zeszłam z górki i poszłam w stronę kaskady. Ostatnie promienie słońca schowały się za horyzontem. Zaczął wschodzić księżyc. Nikogo nie było. Siedziałam sama i patrzyłam na rzekę w której zaczęły odbijać się gwiazdy. Podeszłam bliżej i spojrzałam na swoje odbicie. Nagle za sobą zobaczyłam jakiś cień, odwróciłam się ale było pusto. Wiedziałam. Wystawił mnie, jak mogłam być taką idiotką! Uwierzyłam kolesiowi w dziwnych ciuchach, którego poznałam parę minut wcześniej. Co za osioł! - nie wytrzymałam i krzyknęłam. Nagle czyjeś ręce złapały mnie w pasie i wepchnęły do wody. Obróciłam się w locie i wylądowałam na kolanach tego kogoś. Woda była płytka sięgała mi normalnie do kolan, ale teraz byłam w połowie pod wodą. Usłyszałam śmiech i odwróciłam głowę. Tak jak się domyślałam, był to Alagon. Jestem osłem twoim zdaniem? - spytał nadal się śmiejąc. Nie w tym rzecz. Myślałam że mnie zostawiłeś. A ty poszłaś za głosem ze swojej głowy, wariatka. Pilnuj swojego nosa... - mruknęłam. Proszę? - spytał z udawanym oburzeniem. Zrzucił mnie z kolan i wepchnął pod wodę. Wstałam i popchnęłam go na głębszą wodę. To oznacza wojnę – krzyknął i pociągnął mnie za sobą. Chlapaliśmy się i podtapialiśmy nawzajem. Stop! - powiedziałam i położyłam się na brzegu. Chłopak położył się obok mnie. Zwierzaki biegały gdzieś obok. Byliśmy już nieźle zmęczeni i mokrzy do cna. Zobaczyłam spadającą gwiazdę. Zaczyna się – szepnął chłopak. Światło nie zgasło wpadając w atmosferę tylko zbliżało się coraz szybciej. Gdy dotknęło wody rozpierzchło się na kilkaset innych światełek które zaczęły unosić się i tańczyć nad kamieniami i wodą. Na początku były dla mnie kulkami światła, jednak po chwili zaczęłam rozpoznawać w nich kształty koni, smoków, kotów, wilków, ludzi i psów. Po kilku minutach takiego tańca, istoty zbiły się w jedną kulkę, by wznieść się w niebo, rozbłysnąć jak fajerwerk i zniknąć. Przez chwile nic nie mąciło nocnej ciszy. Boże... Jakie to było piękne. - szepnęłam. Podobało ci się? Oczywiście. Takie magiczne i... jakbym już to kiedyś widziała. Widziałaś. To samo zostało pokazane na okoliczność twoich narodzin. Naturalnie wszystko było w większym rozmiarze. - zdziwiona Zapatrzyłam się w gwiazdy. Zastanawiałam się jak tam było. Mogę ci pokazać... Co? To o czym myślałaś. - rzuciłam mu pytające spojrzenie. Czasem widzę przebłyski twoich myśli. - nie odezwałam się. Pogrążyłam się w marzeniach. Jak to wyglądało? Jakie było moje życie zanim tu trafiłam? Czy moja rodzina była dobra? Czy...? Odruchowo zerknęłam na zegarek. Była już jedenasta! Poderwałam się z ziemi i zawołałam psa i kota. Alagon usiadł. Co się stało? - zapytał. Muszę wracać! Już strasznie późno! - krzyknęłam. Zatrzymał mnie łapiąc za rękę. Zmusił żebym spojrzała mu w oczy i powiedział: Obiecaj, że wrócisz. Obiecuję... - powiedziałam i uciekłam. W myślach usłyszałam : „Jutro rano.” Pobiegłam pędem do domu. Zdyszana wpadłam na działkę i przywitałam się z rodzicami. Myślałam, że już mi się upiecze późny powrót i mokre ubranie, ale jednak nic z tego nie wyszło. Stawałam na pierwszym schodku. Julia...? Tak mamo? - spytałam z pozoru niewinną miną. Mogłabyś wyjaśnić czemu jesteś cała mokra? Mogłabym... ale bardzo się spieszę. - wyszczerzyłam się. Mów. - powiedziała mama stanowczym tonem. Jukki zabrał mi bransoletkę i wskoczył do wody, a ona wypadła mu z pyska, no a pies nie zanurkuje... Nie umiesz kłamać... - zaśmiała się mama. - Znikaj na górę. - przewróciłam oczami i weszłam do pokoju. Przebrałam się w piżamę i zakopałam się w kołdrę. Nie śniło mi się nic, a przynajmniej nic nie pamiętam. Obudził mnie jakiś stukot. Usiadłam na łóżku, w pokoju było pusto. Stuknęło jeszcze raz. Ktoś rzucał w pkno kamykami! Założyłam szlafrok i otworzyłam okno. Uderzyło mnie rześkie i wilgotne powietrze słonecznego poranka. Spojrzałam w dół. Pod oknem stał, nie kto inny, jak Alagon. Czego chcesz? - jęknęłam nie rozbudzona. Miałaś przyjść. - powiedział. Jest szósta rano! Złaź! - na te słowa ziewnęłam. A co z moimi rodzicami. Uśpieni! Wstaną najwcześniej o dziesiątej. Znowu jakieś zaklęcie. No. Ale idź się ubrać. - otworzyłam szafkę i wyjęłam z niej granatowe pumpy i kremową koszulkę. Ubrałam się, założyłam buty i zagwizdałam na psa. Podbiegł do mnie w podskokach i szarpnął za smycz. Westchnęłam i wyszłam z domu. Alagon stał obok furtki i czekał aż dostatecznie się obudzę. Nie wiem skąd ludzie czerpią taką energię o tak wczesnej porze. Jukki pobiegł za jakimś zającem, a ja na wpół śpiąca powlokłam się za Alagonem. W pewnym momencie nawet zamknęłam oczy, potknęłam się o kretowinę i upadłam na trawę. Na to chłopak, nie mogąc się powstrzymać, parsknął śmiechem. Podniosłam się z trudem i spojrzałam na niego spode łba.